Menu

Zhejtowany Ziom

To nie jest kolejny blog lajfstajlowy

#Instalife

Każdy z nas ma takiego jednego znajomego. Nieważne gdzie, nieważne kiedy. Telefon, szybka, fotka, trzeci filtr od lewej, litania hasztagów i szeroki uśmiech na twarzy, który powiększa się z każdym nadchodzącym serduchem w instagramowej rzeczywistości. Witamy w Instaworld, Instakrejzole!

 

Żyjemy w świecie digitalizacji, jeżeli nie masz 100 lat lub nie spędziłeś ostatniej dekady zamknięty w piwnicy bez dostępu do świata, to też najprawdopodobniej jesteś zarażony wirusem social media. Rozprzestrzenił się szybko i agresywnie. Ma kilka odmian i znalazł haka na większość ludzi. A to jakieś twarzoksiążki, a to tłitery, snapy, sraty i dziesiątki innych. Musial.ly, które podbiło gimbazę chyba jeszcze mocniej niż wysyłanie nagich fotek na początku snapchata. Jest tego masa, a ciągle powstają nowe. Ale dzisiaj chciałem pogadać o instagramie. Z jednej strony wspaniała platforma, gdzie możemy podzielić się swoim zajebistym życiem a z drugiej jedna wielka sieczka.

#Instalife to termin, którego na pewno nie ukułem i gdzieś tam pewnie za wielką wodą już dawno ktoś napisał dziesiątki (jak nie setki) elaboratów, książek i niejeden doktorat został spłodzony na ten temat. Jaki mam problem z Instagramem? Ano jest ich kilka, a część z nich przeniosła się nomen omen z Facebooku, przez to w jaką stronę tamten wyewoluował.

#instalife to dla mnie pokazywania swojego życia na tej platformie społecznościowej. Idziesz na zakupy, bach wjeżdza fota, czytam artykuł na pudelko, bach print screen, zakładam buty, no to robimy boomeranga jak wiążę sznurówki, wchodzę do kibelka? To idealny moment by pokazać światu jakie zajebiste kafeflki mamy w łazience.

Patrząc po niektórych to w zasadzie dzień w którym nie wrzuci przynajmniej 10 postów jest dniem straconym i to straconym tak bardzo, że w zasadzie mógłby się w ogóle nie odbyć. Już nie mówię o #Instastorie, ooo tutaj to w ogóle jest Meksyk. Cyk fotka. Cyk boomerang. Cyk fimik 10 sekundowy jak glut spada z klamki. Cyk nowe buty. Cyk. Cyk. Cyk.

Mamy też drugą kategorię (obie często są bardzo transparentne z poprzednią) czyli “Pokażę Wam jakie ja mam zajebiste życie”. Ten typ uwielbia wrzucać fotki najwyższej jakości, niby spontan, no ale nie do końca. Idealne światło, jakość jak z National Geographic, Uśmiech trenowany przez lata, korekcja kolorów robiona przez długie godziny i tak perfekcyjne hasztagi, że sama Kim Kardashian zazdrości zasięgów. Zdjęcia pojawiają się tylko z drogich restauracji, w najdroższych ciuchach, popijając Goût de Diamants, którego specjalnie sprowadzono z samej Champagne Chapuy. Jak pojawia się zdjęcie jedzenia, to są tak dobre, że samo The Restaurant prosi o pozwolenie na wykorzystywanie tych fotek w swoim corocznym The San Pellegrino.

Wakacje? W zasadzie całe życie to wakacje. Praca? Uwielbiana. Najlepszy zespół, genialne wyzwania, premia za premią wjeżdza.

Żyć nie umierać, prawda? No właśnie nie do końca. #Instagram stał się takim różowym lustrem, gdzie pokazujemy rzeczywistość, która nie prawdziwa. Jest groteską, wyeksponowane są tylko te chwile, z których jesteśmy dumni i którymi chcemy się pochwalić przed gronem znajomych, a także anonimowych adoratorów.

Czy to dobrze? Sam nie wiem. Pytanie jest otwarte, jak lista hasztagów opisujących zdjęcie różowego papieru toaletowego z limitowej edycji Luis Vitton.

PiS out i do zaczytania następnym razem!